Zmiany. Zmiana perspektywy, zmiana miejsca zamieszkania, zmiana towarzystwa czy nawet koloru ścian. Zmiany są trudne, jednak potrzebne. Na każdego kiedyś, jak grom z jasnego nieba, spadła myśl: MUSZĘ COŚ ZROBIĆ ZE SWOIM ŻYCIEM. W moim przypadku to jest ten moment.
Andrzej Duda wygrał wybory prezydenckie, matura na wariackich papierach, koronawirus w dalszym ciągu żeruje, a ludzie poczuli się chyba zbyt swobodnie. Rośliny mi pozdychały, dziewczyna ze mną zerwała, a szkoda, bo już szukałam dla nas mieszkania na wynajem na Wyspach. Patrząc na to z perspektywy niedługiego czasu, wychodzę na zero, nie była tego warta. Może wydawać się, że gorzej być nie może, a jednak z każdym dniem przekonujemy się, jak bardzo się mylimy. 2020 stoi w ogniu, ale życie toczy się dalej. Przydałby się jeszcze jakiś plan. No właśnie. No thoughts, head empty. Dlatego tu jestem.
Będzie różnorodnie. To o kwiatkach, to o życiu, a to o książkach. Ba, pojawi się nawet autorska powieść. I to nie jedna, przy dobrych wiatrach. Bardzo subiektywnie i mam nadzieję, że dosadnie. Mogę się mylić w wielu sprawach, jak każdy. Jestem tylko człowiekiem. Chciałabym tylko zaznaczyć, że jestem otwarta na kulturalne dyskusje, wszystko na spokojnie i na poziomie. Mogę być nieuprzejma, jednak pytanie brzmi: w jakim celu? Nikt nie chce psuć sobie nastroju. Szanujmy się wszyscy, a będzie cacy.
Post stricte wstępny, zapoznawczy i krótki, nie będę wydziwiać. Chciałam się tylko przywitać i życzyć miłego dnia. Mam na imię Karolina, znajduję się w dziwnym miejscu w życiu, chciałabym znowu pisać książki i witam każdego z osobna z szeroko otwartymi ramionami.
Niżej próbka mojej niezbyt wygórowanej twórczości. Dopiero się uczę. Have fun.
***
Dwie godziny i cztery drinki po tym, jak złamano ci serce. Świat wiruje wokół, ale ty starasz się utrzymać na nogach, ponieważ nikt, mimo zapewnień ukochanej babuni, nie wyjdzie za ciebie z zaistniałej sytuacji. Jednakże nie jest to tak proste, jak mogłoby się wydawać i powoli tracisz równowagę.
Ktoś liczy do trzech.
Raz.
Dwa.
Trzy.
Upadasz, a za tobą nie ma nikogo, kto złapałby cię jak podczas tych ćwiczeń na zaufanie. Dokładnie tak. Ufasz niewłaściwym osobom i takie masz skutki. I nikt pod żadnym pozorem nie broni ci patrzeć na świat przez różowe okulary i traktować każdego jak najlepszego przyjaciela, tylko że później niech nie będzie to dla ciebie zaskoczeniem, gdy wszystkie twoje grzeszki wyjdą na jaw i nikt nie podtrzyma cię, gdy schlejesz się na imprezie w klimacie retro. Zastanawiasz się pewnie dlaczego. Otóż dlatego, że nikt nie chciał tam z tobą iść, co nie powinno cię dziwić. Optymizm optymizmem, ale ile można faszerować ludzi swoim zdaniem i jeszcze kazać potwierdzać z uśmiechem. Sure, Karen. Keep it going.
I teraz leżysz na tej podłodze w zatęchłym klubie studenckim w jednej z piwnic starej uczelni, która swoją drogą dawno konserwowana nie była. I wpatrujesz się w jakiś punkt na suficie. Nie możesz określić co obserwujesz, może to pająk, może nie. Jedyna wytrwała jarzeniówka mruga podejrzanie, kiedy pozostałe już jakiś czas temu przeszły na emeryturę. Ciemno. Klimatycznie. Ktoś właśnie zapętlił AC/DC, nie wiadomo po co, nie wiadomo dlaczego.
I dalej leżysz, nikt nie raczy pomóc ci wstać, bo tak właściwie po co miałby to robić. Nikt cię tu nie zna, nie do takiego stopnia, żeby wyciągać pomocną dłoń. Tak, wiem, zaklinasz się teraz. Tak, wiem, ćwiczenia w zaufaniu były istotne. Tak, wiem, właśnie ktoś wylał na ciebie cuchnące tanie piwo. Faktycznie, ta impreza miała potencjał, który został spalony w panewce. Myślisz sobie, cholera, co ja robię ze swoim życiem.
Dym papierosowy unosi się w powietrzu i działa na ciebie w dwojaki sposób, a) afrodyzjak lub b) packa na muchy. Starasz się podnieść z tej podłogi, pozbierać resztki swej godności i wyjść z pomieszczenia, zanim zdążą cię zaczadzić.
Próba kontrolna zakończona porażką.
Ta druga, właściwa, z resztą również, więc czekasz, aż ktoś zgniecie ci w końcu czaszkę. Przypominasz sobie o złamanym sercu i to dopełnia dzieła. Wybałuszasz oczy jak pięciozłotówki, znowu czujesz harnasia gdzieś w okolicy prawego uda i robisz jedyną adekwatną do sytuacji rzecz.
Wzdychasz przeciągle i namiętnie, splatając dłonie na brzuchu. W pewnym momencie twoja lewa stopa czuje bluesa i wraz z Rickiem Astleyem rusza na podbój estrady. Wychodzi na to, że nie tylko twoje włosy żyją własnym życiem.
I wtedy przychodzi czas na płacz. Rzewny, głośny, melodramatyczny. Ryczysz i wykrzykujesz słowa wraz z zacinającą się płytą w starym odtwarzaczu. Jesteś w tragicznej sytuacji, nie ma co ukrywać. Już nawet nie pamiętasz jak to się stało, że leżysz pod barem. Życie bywa przewrotne.
I znowu AC/DC. Czas wstać.
Ostatkiem sił zaczepiasz gościa obok i prosisz go o pomoc, co bardzo źle wpływa na twoje ego. On się lituje, podciąga cię do góry i to by było na tyle. Znowu to samo. Kręci ci się trochę w głowie, jednak decydujesz się na śmiały ruch w tej rozgrywce i najszybciej jak potrafisz, spacerujesz do wyjścia oznaczonego z angielskiego EXIT.
Po drodze upadasz. Tym razem nikt nie liczył. Znowu nikt cię nie złapał.
Złamane serce nadal boli. Zbite żebra również, ale chyba nie aż tak, aby pisać o nich treny. Muzyka zacina się dalej, ktoś wypala kolejnego papierosa, a ty sobie poleżysz. Nie no, fakt, impreza do kitu.
A to co? Ku twojemu zdziwieniu widzisz dłoń przed twarzą. Chyba jest ci znana, nie potrafisz tego określić. Jak przez mgłę patrzysz na osobę, jednak nie dasz rady wyostrzyć jej twarzy. Starasz się i już jesteś tak blisko. Bliziutko.
Film się urywa, zostaje po nim jedynie łupanie w głowie i szklanka elektrolitów tuż przy łóżku. I nie wiesz, czy to twoje złamane serce, czy jednak ufasz odpowiednim osobom. Masz za to pewność, że leżenie pokotem na podłodze daje nowe spojrzenie na świat, a imprezy retro to nie twoje klimaty.
I robisz jedyną rzecz, na którą masz siłę. Wzdychasz.
- "Imprezy retro" © Karolina Masłowska 2020

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz